Fortuna kołem się toczy…

No cóż.

Rozwaliłam swoją stronę.

Już wcześniej w niej grzebałam, ale teraz pobiłam samą siebie 😛 Co dalej – powiem Wam za czas jakiś. Teraz nie bardzo mam nastrój. Czas spać.

Nie ma jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło. Biedny Admin, chyba go wmanewruję w uczenie mnie podstaw webmasteringu. Mam nadzieję, że się uda.

Na razie udało mi się przekierować adres na mojego starego bloga, z czego jestem bardzo dumna. Przynamniej to mi się dziś udało…

No, to do napisania 😉

Reklamy

Przenosiny

Po korzystaniu z gościnności serwerów wordpressa czas na przenosiny. Strona http://nataliaswit.pl/ już istnieje, choć jest w fazie tworzenia. Oficjalne otwarcie planuję na 15 września.

W związku z tym działalność autorska na blogu zostanie ograniczona – na nowej stronie czekać na Państwa będzie około 300 wpisów, w tym filmy i nagrania. Jest to ogrom pracy, na którą potrzeba niestety czasu.

Regularnie ukazywać się będą recenzje. Pozostałe  teksty poczekają w szufladzie do września.

Serdecznie pozdrawiam i do napisania!

Natalia Świt

Bój o godne życie

Co to jest godne życie? To pytanie zadawałam sobie w czasie lektury tej książki. Zastanawiałam się również nad sensem cierpienia, uzasadnieniem dla eutanazji, oraz tym, co życiowe trudności mogą dobrego wnieść do życia osoby walczącej o to, by przetrwać kolejny dzień. Refleksje te wywołała opowieść Monici Follador „Jestem matką swojej teściowej. Życie u boku chorej na Alzheimera”.

Autorka w swojej książce opisuje liczne refleksje, związane z chorobą matki jej męża. Pewnego dnia, gdy odwiedzała Denis, okazało się, że w jej mieszkaniu panuje niesamowity bałagan, zupełnie nie przystający do nawyków starszej pani. Dalsze obserwacje zmusiły Monicę do podjęcia „radykalnych” kroków – odwiedzania z teściową kolejnych lekarzy, którzy postawili koszmarną dla obu pań diagnozę: Alzheimer.

Choć to właśnie Monica i jej mąż zostali „obciążeni” konsekwencjami diagnozy – opieka, a właściwie ciągły nadzór nad teściową stał się koniecznością. Sama Denis ukryła się w swoim własnym świecie, który autorka książki próbuje opisać, by przybliżyć nam stan osoby z taką diagnozą.

Monica dzieli się również refleksjami z drogi, którą przebyła, a która prowadzi do odkrycia piękna w tej trudnej sytuacji. Widzimy, jak próbuje znaleźć normalność tam, gdzie o nią bardzo trudno. Mamy wgląd w wewnętrzną walkę Monici, próbującej nauczyć się funkcjonować w domu z kimś, kto zabranie talerza do zmywania uznaje za zamach na swoją niezależność, śpiewa po nocach i widzi w niej od czasu do czasu prostytutkę bądź oprawcę, który próbuje dokonać zamachu na jej suwerenność.

Dzięki dobremu zmysłowi obserwacji Monici mamy okazję zajrzeć do świata osoby chorej na Alzheimera. Poznajemy jej bezradność, zagubienie, próby odnalezienia się, jednocześnie walkę ze światem o uznanie tej „normalności”. Walka tworzy się na polu, na którym ścierają się przeświadczenia chorującej osoby o coraz gorszej pamięci oraz otoczenia, które pamięta o tym, że zupę je się łyżką, myć powinno się codziennie, a bluzkę zakłada się przez głowę. Lata opieki wyrobiły w autorce pokłady ogromnej cierpliwości, a wrodzony optymizm pozwolił spojrzeć z innej, głębszej perspektywy na chorobę teściowej.

Książka ta bardzo mnie poruszyła. Pokazała mi, że z każdej, absolutnie każdej życiowej trudności można wynieść coś dobrego. Można czegoś się nauczyć, stać się wrażliwszym, doświadczyć Bożej i ludzkiej dobroci, której w innym przypadku nie moglibyśmy doświadczyć. Nawet najtrudniejsze sytuacje stają się gruntem pod nowe, lepsze życie.

Autorka zapewne wiele straciła – w końcu prawie od początku małżeństwa miała w domu osobę o psychice zapominalskiego, niesfornego dziecka. Nie miała czasu, by nacieszyć się jeszcze beztroską pierwszych lat małżeństwa, może by zrobić karierę. Ale przeżyła coś, co wzbogaciło jej duszę, a teraz pozwala zupełnie inaczej patrzeć na życie. Pośrednio dzięki chorobie teściowej znalazła w sobie siłę oraz możliwości, by napisać książkę.

I tu wraca pytanie o eutanazję. Lektura utwierdziła mnie w przekonaniu, ze nawet choroba może być darem. O ile otworzymy się nań i odłożymy na bok to, co MY chcemy zrealizować. Przyjmiemy, że życie, oprócz trudności, szykuje ciekawe niespodzianki. Trzeba tylko mieć oczy szeroko otwarte i nie zrażać się przeszkodami. Zabicie nieuleczalnie chorego człowieka sprawia, że tracimy szansę, by nasze życie się zmieniło.

Jestem matką swojej teściowej. Życie u boku chorej na Alzheimera” Monica Follador. Wyd. Bernardinum, Pelplin 2012. ss. 104, ISBN 978-83-7823-010-6

Cela pełna wolności

Miał za sobą kilka lat koszmaru, ale być może o nim nawet nie pamiętał. Był zbyt mały. Choć pewne nawyki zostały w nim zakorzenione i wyszły, gdy wstąpił do wojska. Jednak i to prawdopodobnie nie zaprowadziłoby go do więzienia, gdyby nie wyższy stopniem żołnierz, który znęcał się nad nim. Bohater książki nie wytrzymał i dał upust emocjom.

W więzieniu Clayton Fountain nie raz pozwolił złości zapanować nad sobą. Był agresywny. Zabijał. Uspokajał się na krótki czas. W pewnym momencie został uznany za nieobliczalnego, za więźnia, który powinien żyć w całkowitym odosobnieniu.

I tak Fountain, w swojej małej więziennej celi, rozpoczął drogę powrotną do Boga. Tą duchową wędrówką dzieli się w książce „Cela. Historia mordercy, który stał się mnichem” trapista, ojciec Paul Jones, który od pewnego momentu towarzyszył Claytonowi w jego przemianie. Przyznaje, że nie było to łatwe towarzyszenie. Były w nim wątpliwości, strach, niedowierzanie, w efekcie pojawiła się jednak nadzieja i ufność, że brutalny morderca, Clayton Fountain, rzeczywiście się nawrócił.

A co takiego zaczął robić? Modlił się. Czytał książki o duchowości. Poprosił o chrzest. W pewnym momencie zaczął studiować teologię. Wszystkie prace zaliczeniowe słał listownie. Miał marzenie – zostać kiedyś wypuszczonym na wolność i stać się kapłanem, choć ciążyło na nim kilka wyroków dożywocia. Gdy liczne przeszkody grzebały kolejne marzenia zaufał Bogu. Wtedy jego cela wypełniła się wolnością.

Trudno uwierzyć, by człowiek, który dwie dekady przesiedział w odosobnionej celi, czuł się wolny. Chciano, by zwariował, a on odnalazł sens życia. To niesamowite, jakimi ścieżkami prowadzi nas Bóg, by do siebie przyciągnąć – pomimo wszystko. Fountaina przygarnął, choć wydawałoby się to niemożliwe. Opowieść ta zaskakuje niesamowitymi zwrotami duchowej akcji oraz wywołuje niedowierzanie, zamieniające się w pewność – Clayton rzeczywiście odnalazł Boga i siebie, a przy tym swoją wartość.

Życie Claytona jest również mocnym argumentem przeciw karze śmierci. Zakłada ona zakończenie czyjegoś życia, gdy skazany dopuścił się bestialskich czynów. Clayton zabijał i ranił. Gdyby prawo pozwoliło na to, zostałby również zabity. Dzięki Bogu, ale i dzięki lukom w prawie, mógł dalej żyć. Mogła się w nim dokonać ta niesamowita przemiana, a my mogliśmy poznać jej owoce.

Historia w której więzień w odosobnieniu odzyskuje swoje poczucie wartości, godność dziecka Bożego, a nade wszystko odnajduje duchową wolność pozornie nie zdarza się tak często. Pozornie, ponieważ lektura uświadomiła mi, że wielu z nas na co dzień żyje w więzieniu swoich marzeń, oczekiwań, przemyśleń. Ograniczamy nasze życie do naszych planów, a gdy coś idzie nie tak, jak trzeba, załamujemy się. Duchem siedzimy w klatce, choć ciałem stąpamy wolni po ziemi.

Jak się wydostać z tego duchowego więzienia? Może to wydać się dziwne, ale w historii człowieka uwięzionego „ciałem” można odnaleźć wskazówki dla tych uwięzionych „duchem”. Głównego bohatera też pociągała wolność, ale w pewnym momencie nauczył się z pokorą przyjmować swoje położenie, na które sam zapracował, z którego jednak próbował wydostać się – na miarę możliwości.

Przed nami wakacje – czas odpoczynku. Czas, kiedy będzie można nieco zwolnić i z uwagą wsłuchać się w historię Claytona. Przyjrzeć się jego więzieniu i zauważyć, że nasze osobiste kraty również mają się nieźle. Książka ta nie tylko pozwala poznać niesamowitą historię, ale i jest zaproszeniem do zajrzenia w głąb siebie i rozpoczęcia procesu zmian, który sprawi, że każdy dzień będzie piękniejszy. Może kiedyś i nam uda się opuścić nasze własne duchowe cele?A przynajmniej sprawić, że pojawi się w nich więcej wolności.

„Cela. Historia Mordercy, który stał się mnichem”. W. Paul Jones. Wydawnictwo eSPe, Kraków 2012, ss. 184. ISBN: 9788374824620

Małe kompendium wiedzy o złym

Diabeł kojarzy nam się zwykle z istotą o paskudnej fizjonomii, uzupełnionej o rogi, kopytka i ogon, dzierżącą w prawicy piekielny trójząb. Nasza wiedza o nim ogranicza się do kilku utartych frazesów, słyszanych gdzieś na katechezie czy kazaniu. A szkoda. Bo temat zła, pomimo iż nieco przeraża, może być punktem wyjścia do arcyciekawych refleksji.

Na okładce widzimy twarz krzyczącego człowieka. Oczy są wzniesione ku górze, przez co czytelnik widzi tylko białko oczu – można odnieść wrażenie, iż człowiek ten jest na granicy szaleństwa. Jeśli jednak wywiady te przeczyta się nie ze strachem, ale z zimną krwią, podejściem analityka – można wiele z nich wyciągnąć dla siebie.

„Szachy ze złym” to zbiór rozmów o złym, przeprowadzonych przez Tomasza Ponikło, dziennikarza, redaktora „Tygodnika Powszechnego”. W tej książeczce autor rzeczywiście gra w szachy z diabłem, próbując niejako rozgryźć jego taktykę, przejrzeć niecne plany, przyjrzeć się temu, jak sam zły igra człowiekiem – i jak można go ograć.

Po lekturze tej książki można odnieść wrażenie, że zło czai się wszędzie. Jest w teologii, filozofii, sztuce, historii, psychologii, a nade wszystko – kryje się w nas samych. Treść kolejnych rozmów – między innymi z Ewą Woydyłło, Krystyną Czerni, Tomaszem Budzyńskim – każe czytelnikowi zastanowić się nad tym, gdzie dokładnie w jego życiu i otoczeniu czai się zło? Jak sobie z nim radzić? Jak na nie odpowiadać?

Osobista odpowiedź na zło jest wyjątkowo istotna. Inspiracja do niej również znajduje się na kartach tej książki. W końcu trudno jest mówić o czymś, nie odnosząc się – dla kontrastu – do rzeczy przeciwnej, w tym wypadku do dobra obecnego w świecie i w ludziach.

Książka ta – na szczęście – nie jest poradnikiem typu „jak żyć jedynie słusznie”. Wśród rozmówców Ponikły są księża i naukowcy, ludzie wierzący i ci z pogranicza wiary i niewiary. Dzięki temu lektura staje się bogatym źródłem wiedzy i postaw wobec zła. Nie narzuca niczego, choć sugeruje, że warto przyjrzeć się tej kwestii lepiej.

Dziesięć rozmów. Sto sześćdziesiąt stron lektury. Wyczerpujące, choć małe kompendium wiedzy o złym. Oraz o tym, co w świecie i w nas było i jest złe. Co ciekawe, w tej książce poruszone zostały najważniejsze kwestie w tej materii – więcej wiedzieć nie trzeba. Dobro jest zdecydowanie ciekawsze. Gdyby ktoś chciał stworzyć taką książkę o obliczach dobra, musiałby stworzyć wielotomową encyklopedię. Jej uzupełnieniem byłaby właśnie ta mała, acz treściwa pozycja.

Lekturę tą czytałam z wyraźną przyjemnością. Rzadko zdarza mi się trafić na książkę, mówiącą o rzeczach istotnych w zróżnicowany sposób, pokazującą liczne perspektywy i nie narzucającą niczego czytelnikowi. A jest to ważne, gdy wchodzimy na śliski grunt pojmowania zła, które dla każdego może oznaczać co innego. Ponikle udało się również wybrać takich rozmówców, którzy rzeczywiście mają coś do powiedzenia. W czasach, gdy każdy chce być gwiazdą jest to zadanie trudne, choć możliwe – co udowadnia niniejsza książka.

Komu mogę polecić „Szachy ze złym”? Każdemu, kogo nurtują egzystencjalne pytania, kto zastanawia się nad kwestią obecności dobra, a w szczególności zła w świecie. Wszystkim, którzy lubią poszerzać swoje horyzonty, zastanawiać się, zaglądać w głąb siebie. W bogactwie tej książki z pewnością znajdą coś dla siebie.

„Szachy ze złym”, Tomasz Ponikło, wyd. Biblioteka „WIĘZI”, Warszawa 2012, ss. 160, ISBN: 978-83-62610-30-3

„Śmierć proroka”. Ten koniec świata już nadszedł

Tekst został opublikowany na portalu Wiadomości24.

Ludzie rozdarci, nie wiedzący, jak odnaleźć się w przerażającej i co i rusz zaskakującej rzeczywistości – to bohaterowie trylogii Słobodzianka. Bliscy i nam. Choć od bohaterów dzielą nas dekady, ich koniec świata jest również naszym.

Zanim jednak przyjrzymy się analogiom, przyjrzyjmy się temu, co dzieje się w Wierszalinie, małej osadzie na Podlasiu, założonej w XX wieku. Jest ona niemym świadkiem różnych interesujących wydarzeń. To tu nagle pojawia się może cudownie ocalały car Mikołaj II, tu również prorok Ilja jako Chrystus, który znów przybył na ziemię, naucza, uzdrawia i wieszczy koniec świata. Tu widać walkę o władzę nad rzędem dusz, w której pojawia się lokalny policjant, lokalne (katolickie!) władze, chcące przy zmianach ustroju utrzymać się na swoich stołkach, a w szerszej perspektywie komunistów i wierzących w rychłą apokalipsę, z prorokiem na czele. Ilją, któremu nie po drodze z lokalną cerkwią…

W tym zamieszaniu próbują żyć zwykli ludzie, którzy nie stoją po żadnej stronie barykady: ani polskiej, ani niepolskiej, ani komunistycznej, ani głęboko wierzącej. Są to ludzie zwyczajni, „tutejsi”. I gubią się. Jedni ulegają urokowi cara, inni – powracającego Chrystusa. Są tacy, którzy pokutują i nawracają się, i inni, którzy chcą za grzechy świata i w celu jego zbawienia ukrzyżować proroka. W tej grze pozorów sam nawet czytelnik z trudem się odnajduje. Nie wie, czy ma się śmiać, czy płakać. Czy jest to tylko wyobraźnia Słobodzianka, a może tragiczna rzeczywistość, w której rzeczywiście ciężko się odnaleźć?

Co ciekawe, wydarzenia opisane w książce miały miejsce w ubiegłym wieku. Autor spotkał się z tymi historiami w dzieciństwie, w dorosłości zaś pojechał do Wierszalina, aby lepiej poznać tło i rzeczywistość poznanych opowieści. To właśnie realne wydarzenia były inspiracją do napisania tych trzech dramatów, nieprawdopodobnych historii, z których każda opowiedziana jest w XIV scenach.

Na koniec książki Tadeusz Słobodzianek oraz Leonard Neuger uzupełniają historię o zakulisowe ciekawostki. Neuger przedstawia również swoją interpretację dzieła, przy okazji przybliżając te niesamowite historie. Mamy możliwość poznać również ważniejsze realizacje tych dramatów. Co ciekawe, autor przez lata szlifował je i doskonalił, pod wpływem pomocnych uwag kilku reżyserów.

Poznane historie stają się pretekstem do refleksji nad końcem świata. Czym on jest? I co go zwiastuje? Proroctwa bogatego Ilji, który daje policjantowi Majewskiemu na sierotki, czy może sztuczka Regisa, który niedługo później również wesprze mieszkańców bidula? Może jego oznaką będzie ukrzyżowanie proroka lub sąd ostateczny? A może wybory, w których miażdżącą przewagą wygra towarzysz Stalin? Bądź Rotszyld przyjeżdżający ze swoim kramem z Białegostoku na motorze?

Zagubienie mieszkańców Wierszalina i okolic może budzić śmiech. Dla mnie najlepszym podsumowaniem, a jednocześnie puentą, która pojawia się niemalże na samym początku lektury, są słowa Bonfaciuka: „I z czego tu się śmiać? Z czego? Że nie świat to już, a jeden sracz? I nie ludzie, a robaki, co każde gówno zjedzą i powiedzą: o, ale słodka gruszka!”.

Ten koniec świata już nadszedł. I nadchodzi każdego dnia na nowo. Zmieniają się realia, zmieniają się siły polityczne, ale ludzie zostają ci sami. Próbujący znaleźć sobie miejsce w świecie, który ich przeraża. Starający się zrozumieć reguły nierównej gry, zwanej życiem, wbrew wszystkiemu. Nawet wbrew temu końcu świata, co się zbliża, który przeraża, a którym jest każdy dzień. Dopiero pójście za nawoływaniem Ilji do pokuty i nawrócenia może coś dać. O ile jednak będzie szczere, w końcu nietrudno jest z Chrystusa stać się Judaszem… Do wyboru jest jeszcze partia. Albo bycie „tutejszym”.

Książkę polecam każdemu, kto chce pośmiać się i zadumać nad przemijającym światem, który jednak – wbrew pozorom – pełen jest ponadczasowych historii, przemyśleń, konfliktów. Właśnie te ponadczasowe problemy ujął w swoim dziele Słobodzianek, mający w pamięci dziecięce historie o człowieku, który założył osadę Wierszalin, a wraz z nią stworzył własne wyznanie.